27 grudnia 2015

Christmas Story



Last Christmas

I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special

Krew co raz szybciej buzuje w moich żyłach. Spokój odlatuje razem z powiewem klimatyzacji. Znowu te durne świąteczne piosenki. Błagam was niebiosa, oszczędźcie mi tych katuszy! Nie rozumiem tego całego świątecznego zachwytu. Zwykła okazja, żeby jak najwięcej dostać, kupić lub sprzedać po zawyżonych cenach. Masz wolne i możesz leżeć do góry brzuchem lub harować przy garach, gorzej niż w pracy. A te piosenki to już w ogóle. Jak można słuchać czegoś, co roku w kółko i w kółko, bez przerwy!



Once bitten and twice shy

I keep my distance
But you still catch my eye
Tell me baby
Do you recognize me?
Well
It's been a year
It doesn't surprise me

Przedzieram się przez tłumy zakupoholików, nieumiejących oprzeć się wielkim czerwonym banerom. Obok mnie idą panie, żywo dyskutujące na temat kolorów tego sezonu. Z drugiej strony nad ziemią sunie pani z markową, skórzaną torebką. Za nią idzie mały słodki chłopczyki i mąż z resztą zakupów. Już prawie dostałam się do holu, gdzie mieści się brama do upragnionej wolności, inaczej wejście centrum handlowego. Adrenalina rośnie, jestem co raz bliżej! Jeszcze kilka kroków i... no nie wierzę!


I wrapped it up and sent it

With a note saying "I love you"
I meant it
Now I know what a fool I've been
But if you kissed me now
I know you'd fool me again

Na mojej drodze staje ogromny facet, przebrany za świętego mikołaja. Proszę go grzecznie, aby się przesunął, ale on jest zajęty trzepaniem tym dzwonem i nawoływaniem bachorów. Niby taki święty, a po robocie pewnie zarywa do tych elfek stojących z tyłu i proponuje im inne cukierki. Próbuję go wyminąć, ale znowu nie wyszło. Totalnie wkurzona pod wpływem impulsu rozbiegam się. Nie wiem czy liczyłam na prędkość Flasha, czy że nagle ludzie rozstąpią się jak morze przed Mojżeszem, ale na pewno były to błędne założenia.


Last Christmas

I gave you my heart
But the very next day
you gave it away (you gave it away)
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special (special)

Z impetem uderzam w nie taki sztuczny jak mi się wydawało, brzuch mikołaja. Upadam prosto na barierkę. Jak dobrze, że nikt mnie nie zauważył. Przeszła po mnie grupa turystów, jaka szczęściara! Mallow - Dywan najnowszej generacji! Tylko święty zwrócił na mnie uwagę. Pyta czy nic mi nie jest. Odpowiadam, że wszystko w porządku, ale w głowie łupie jak cholera. Mężczyzna roześmiał się, (jak wtedy mi się zdawało) najbardziej irytującym śmiech świata. Nie pomógł mi hultaj jeden. Wstaje, otrzepuje spodnie i próbuję wyjść z tej sytuacji z twarzą. Próbuję.


A crowded room

Friends with tired eyes
I'm hiding from you
And your soul of ice
My God I thought you were
Someone to rely on
Me?
I guess I was a shoulder to cry on

Facet w przebraniu tamuje mi drogę, tym razem celowo. Wspomina o radości, której święta mają nas nauczyć i żebym pamiętała o cudach, które dzieją się w tym czasie. Nie mając czasu zastanowić się nad tymi słowami dziękuję przez zaciśnięte zęby i przechodzę dalej. A gdy odwracam się, by dodać uszczypliwą uwagę, jego już nie ma.


A face on a lover with a fire in his heart

A man undercover but you tore me apart

Wreszcie przechodzę przez ten labirynt ludzi, freedom! Taxi już czeka. Wsiadam do środka, witam się z kierowcą i wyznaczam mu kurs. Dopiero wtedy słyszę...


...More than you could ever know

Make my wish come true
All I want for Christmas is you
You baby


***


Wysiadłam z taxi i skierowałam swe kroki w stronę domu. Mieszkałam w niewielkiej, dość starej kamienicy. Skrzyżowanie Barnes i Santias, niedaleko centrum. Żyliśmy tu po sąsiedzku. Co jakiś czas starsi organizowali "spotkania herbatkowe", a w święta wspólnie ozdabialiśmy budynek razem z wielką choinką. Jednym z mieszkańców jest 26 letnia Lin. Śliczna, zwyczajna dziewczyna. Nie wyróżnia się zbytnio z tłumu. Zaplata swoje długie, proste włosy w kłosa. Bardzo lubi pastelowe kolory, które doskonale pasują do jej porcelanowej cery. Ma kolekcję cienkich sweterków i balerin na które wydaje napiwki z prowadzenia rodzinnej kawiarni, znajdującej się dokładnie pod moim mieszkaniem. Nea jest najlepszym przykładem, że nie należy oceniać książki po okładce. Cicha i zwykle tylko życzliwie uśmiechająca się panienka ma język ostry jak brzytwa. Nie raz chłopcy rzucali w jej stronę jednoznaczne uwagi, ich miny po ripostach Lin były bezcenne. Może właśnie dlatego, mimo różnicy wieków, tak bardzo się zaprzyjaźniłyśmy.


Majestatycznie niczym lew kroczyłam ku schodom. Chociaż nie, tak naprawdę zaślepiona myślami o świętach potknęłam się o schodek. Upadłabym gdybym w ostatniej chwili nie chwyciła się za ramię osoby idącej obok . Okazało się, że to mój sąsiad, Eliot. Dość wysoki chłopak o wybujałej, czekoladowej czuprynie i dotąd przeze mnie nie rozpracowanym kolorze oczu, jednak naukowo określanym przez Lin jako "w pizdu kolorów".  Jego twarz zdobił niezmienny od czasów dzieciństwa uśmiech i czerwone od mrozu policzki. Jak zwykle musiał mieć na sobie tylko niebieską bluzę, znoszone jeansy i trampki, choć ja stojąc w kurtce szaliku i czapce cała się trzęsłam. Nie ma to jak dostać w prezencie od tego tam na górze darmowy grzejnik. Dziękujemy za sprawiedliwość!

- Wiem, że to naturalny odruch, ale nie musisz od razu wpadać mi w ramiona Mallow - odezwał się "mój wybawca". Trudno go było zastać złego, nie mówiąc już o spotkaniu go w fazie smutku. Trzeba być na prawdę blisko Eliota, żeby okazał jakiekolwiek emocje oprócz radości. Lubi uszczęśliwiać ludzi i być ich promyczkiem. 
- Chyba w snach Collins, powinni jakoś lepiej oznaczyć ten stopień.
- Spokojnie napiszemy wniosek do wspólnoty o tabliczkę "UWAGA, tu są schody Lottie - Tottie", gdybyś nie była tak podminowana zapewne nic by się nie stało, a jeśli mogę spytać to co sprawiło, że zgubiłaś uśmiech? - Typowy Collins, pięknie układa słowa. Wręcz bawi się nimi. Żongluje, potem tasuje i poszukuje bogatszych o wyraz odpowiedników. Cały ten proces zajmuje tylko kilka sekund. Pan Collins jest mistrzem igrania ze słowem, tak jak jego mama, autorka kilku książek cieszących się niemałą popularnością. 
- To już nie ważne i tak dość już moich humorów.
- Ze mną możesz podzielić się każdą myślą. Choć, zabieram cię na gorącą czekoladę do Linei. Oczywiście płacę za ciebie. - Myślicie, że taki z niego gentleman? Nic z tych rzeczy. Chłopak wisi mi dość sporo za spłacenie zadłużenia w bibliotece. Biedny Eliot zapomniał oddać książki, a przecież głupio prosić mamę o kasę. Także w zamian za to stawia mi co jakiś czas coś w kawiarni. Przez to mam wymówkę, żeby częściej się z nim widywać.
Kawiarenka była bardzo przytulna. Ciepłe kolory i cudowne zapachy świeżo upieczonych ciastek wręcz otulały klientów, siedzących w miękkich fotelach. Z rana roznosił się dookoła aromat nowo zaparzonej kawy, czego teraz mi brakowało. Na szczęście moje ulubione siedzisko w kącie było wolne. Było to miejsce z widokiem na ulicę, wolne od wścibskich oczu i uszu innych klientów. Wygodnie usadowiłam się na fotelu i zaczekałam na Eliota, który zamawiał dla nas czekoladę. Niedaleko siedziała grupka młodszych dzieci i śmiała się głośno z nie wiadomo czego. Koło wyjścia opatulony w czarny szal siedział pan Jenkins czytający wczorajszą gazetę, przeklinając pod nosem hałasujące dzieci. Dziś Nea miała wolne, aby zrobić świąteczne zakupy. Szkoda, bo chętnie popatrzyłabym jak rozmawia z Collinsem. Ich rozmowa polegała na wymianie uszczypliwych komentarzy. Ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że za sobą nie przepadają, ale ja wiem, że jest między nimi jakaś nić zrozumienia, której szczerze im zazdroszczę. Moje rozmyślanie przerwał Collins.
- Chocolat pour mon cher ami.*
- No, no... widzę, że ktoś tu się szkolił.
- Wszystko dla ciebie milady - powiedział sarkastycznie. - To wytłumaczysz mi dlaczego byłaś taka nie w sosie?
Opowiedziałam mu całą historię z galerii. Musiałam go uciszać, gdy wybuchł śmiechem w trakcie części o mikołaju. Nie wspomniałam jednak o dziwnej przestrodze od przebranego świętego.
- Nie mogę w to uwierzyć.
- Proszę?
- Nie mogę w to uwierzyć - powtórzył.
- Ale w co? - zapytałam zirytowana.
- Jak można nie lubić świąt przyjaźniąc się ze mną?!
- Po pierwsze jak widać można, po drugie kto tu mówi o przyjaźni? - uśmiechnęłam się zaczepnie
- Zaprzeczasz sama sobie marshmallow**
- Nie nazywaj mnie tak Collins. Nie lubię świąt i nic tego nie zmieni.
- Mogę ci udowodnić jak bardzo się mylisz. Może mały zakładzik? Jeśli wygrasz będę ci przynosił kawę i śniadanie, co dzień z rana, przez 3 tygodnie.
- Kusząca propozycja, ale co gdy jakimś cudem ty wygrasz?
- Zobaczysz.- Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem. Potem on uśmiechnął się zawadiacko, a ja oczywiście opuściłam wzrok i oparłam się o krzesło ze skrzyżowanymi rękami. Nie pierwszy i nie ostatni raz Collins wygrał walkę na spojrzenia, ale kiedyś znajdę sposób i go pokonam.
- Zgoda.
- No to teraz kończ szybko swój napój bo czekają na ciebie chwile pełne wrażeń i przygody jakich dotąd nie doświadczyłaś! Spędzisz resztę dnia ze mną, wszystko na moich regułach.- Eliot wypadł z kawiarni, ciągnąc mnie za sobą. Biegliśmy razem poprzez zaspy śnieżne. Oboje nieświadomi tego, że trzymamy się za ręce.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


*Czekolada dla mojego drogiego przyjaciela

**(ang. pianka) nawiązanie do nazwiska głównej bohaterki


***
Moje pierwsze udostępnione opowiadanie. Strasznie boję się waszych opinii. Gdybyście zauważyli jakieś błędy dawać znaki! Liczę na długie komentarze. 

UWAGA!
W tej historii to WY macie głos. Możliwe, że będę kontynuowała historię Collinsa i Mallow i potrzebuję wiedzieć... CZY CHCECIE BY BYLI RAZEM? Odpowiadajcie w komentarzach i głosujcie w ankiecie.
Do następnego posta 
Miss Grayhall

2 komentarze:

  1. "Hultajem" wygrałaś wszystko ;) Spodobało mi się to, że wplotłaś fragmenty piosenek, to dodawało takiego fajnego klimatu. Poza tym bardzo lubię Twoje porównania. Są takie... twórcze! :D Dobrze mi się czytało, masz świetny styl pisania i widać, że go coraz bardziej ulepszasz i wypracowujesz. Bardzo fajny pomysł z Marshmallow.
    Ogólnie na dłuższą opinię ode mnie chyba nie możesz liczyć, bo ciężko mi się wysławiać jak coś oceniam, ale możesz mi wierzyć, że jest naprawdę super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uf... No to dobrze. Pocieszyłaś mnie :) Ważne, że widać progres. Zapraszam już niedługo na kolejną część.

      Usuń